14. Kobieta w ciąży to cichy morderca.

14. Kobieta w ciąży to cichy morderca.



Przeczytajcie ten post z przymrużeniem oka.

Kilka lat temu zdiagnozowano u mnie chorobę Gravesa-Basedowa. Objawia się ona nadczynnością tarczycy, która w moim przypadku zrujnowała mi tamten etap życia. Byłam wtedy nadzwyczaj nerwowa i miałam nadzieję, że ten stan nigdy nie wróci. Niestety wrócił.
Będąc w ciąży czułam się jak tykająca bomba zegarowa. Nerwy sięgały zenitu i to z całkowicie błahych powodów. Oczywiście wszystkie wyniki były w normie, a jedyne co słyszałam od lekarki prowadzącej, to „Przykro mi, ale w ciąży tak po prostu bywa”.

Bitki lub pasztet z kota.

W trakcie ciąży byliśmy podczas przeprowadzki do naszego własnego EM. Takie wymarzone, zakupione za własnoręcznie zarobiony kredyt, na resztę naszego zakichanego życia. Na moje szczęście w nieszczęściu mieszkanko nie było w stanie deweloperskim. Było idealne na wejście i mieszkanie od zaraz. Pierwszy raz widziałam je przed ciążą, a następnie już w ciąży. Na początku wszystko było super, wszystko mi się podobało. Ta cała ciąża zakrzywiła mi rzeczywistość i nagle w chałupie wszystko było źle. Wszystko nagle jakieś krzywe, ciemne, szarobure i nijakie. Totalnie wkurzało mnie to mieszkanie i żałowałam wziętego na nie kredytu.

Dodatkowo była właścicielka miała dwa koty, więc te durne alergeny były wszędzie. Poza tym kot męża właził wszędzie. To leżał na blacie w kuchni, to próbował ostrzyć pazury na naszym materacu do spania, to zwymiotował na parapet. Istny dom wariatów. Moja alergia sięgnęła zenitu i nagle odkryłam, że mam astmę. Mąż starał się zrobić dla mnie wszystko, ale najczęściej i tak za to wszystko obrywał. Przez to, że w nocy budziłam się z ostrymi dusznościami, postanowiliśmy ubezwłasnowolnić kota i ograniczyć mu możliwości tylko do dwóch pomieszczeń. Natomiast ja skutecznie oczyszczałam dom z sierści i alergenów. Gdyby nie to, zapewne szukałabym przepisu na bitki z kota.

Nieplanowany remont na życzenie.

Mimo, że mieszkanie, jak na ostatni remont 15 lat temu, wyglądało dość dobrze, to w mojej ciążowej głowie było fatalne. Zrezygnowałam z sypialni na piętrze w obawie, że spadnę ze stromych drewnianych schodów. Musieliśmy przeobrazić otwarty salon w sypialnię i oddzielić go ścianą od przedpokoju. Jak żona chciała, tak się stało. Cały remont trwał około 5 dni i w ten sposób zyskałam pomieszczenie, w którym legalnie mogłam biegać na golasa.

Perfekcyjna pani domu.

Kiedy brała mnie złość (co nie było trudne, bo wkurzało mnie wszystko), zabierałam się za sprzątanie. Pucowałam wszystko. Dzień w dzień odkurzacz szorował długi dywan na korytarzu, aż w końcu się poddałam i po dwóch tygodniach go wywaliłam. Po prostu codziennie widziałam jak leży na nim kocia sierść. Poza tym kilka razy w tygodniu sprzątana była łazienka. Mężowi zrobiło się tak szkoda, że postanowił sprzątać ze mną. Wiecie jak to jest ze sprzątającymi facetami? (Wybacz mi mężu) Często coś myją, a kobiety po nich poprawiają kiedy nie patrzą.
Jednego dnia tak się wkurzyłam, że aby umyć podłogę w pokoju, wzięłam stół i podniosłam go do góry. Jakie to było skrajnie nieodpowiedzialne, to ja nie wiem, ale moje problemy w tym czasie były naprawdę wielkiej wagi.

Nie jestem z tym sama!

Ostatnio na jednej z dzieciowych grup, rzuciło mi się w oczy zdjęcie. Znajdowały się na nim kapcie z doczepionym czymś do podeszwy. Przybliżyłam nos do laptopa, zmrużyłam oczy, przyćmiłam uszy i zobaczyłam co to dokładnie było. Kobita dokleiła podpaski mężowi do domowych laczków, bo wkurzało ją to, że za głośno nimi klapał po panelach. Przez pierwsze kilka minut śmiałam się jak wariatka, doprowadzając się do ataku astmy, a potem dotarło do mnie, że ja sama byłam do tego zdolna. Z ciekawości zajrzałam w komentarze i jak zawsze się nie zawiodłam!

Jedne planowały jak zamordować sąsiada i ukrócić jego remont, innym przeszkadzało głośne oddychanie mężów, ale znalazłam swoją faworytkę. Biedny mąż oberwał skarpetami, które leżały pod fotelem (Strzeż się mężu, bo podoba mi się ten sposób), a starsza córka dostała mokrymi ubraniami, którymi ciężarna wytarła mokrą podłogę w łazience. Tylko po to, aby młoda dama nauczyła się zabierać swoje rzeczy z ziemi i wycierała podłogę, którą sama zmoczyła. Co jak co, ale te kobiety są bardziej kreatywne ode mnie. Naprawdę bałam się, że jestem z tym problemem sama.


A wy jak przechodziłyście swoje ciążowe stresy? Ktoś od was oberwał? Jak sobie z tym radziłyście? 
13. Test karuzeli Forest Friends od Canpol Babies

13. Test karuzeli Forest Friends od Canpol Babies



W tym miesiącu udało nam się zakwalifikować do testowania w blogosferze Canpol babies. W sierpniu pod lupę brana była karuzela elektryczna z kolekcji Forest friends. Na testowanie i recenzję mamy trzydzieści dni od otrzymania przesyłki. W takim razie co skłoniło mnie do tak szybkiego wystawienia opinii?

Podczas zgłaszania się do testów, obawiałam się, że moje dziecko nie będzie zainteresowane zabawką. Poza tym mieliśmy już inną karuzelę, ale ona nie robiła na Laurce większego wrażenia, więc dlaczego jakaś inna karuzela miałaby ją zainteresować.

Robiąc jeszcze wyprawkę w ciąży zauroczyła nas różowa sowa z pozytywką (z serii Forest friends). Obecnie Laura jest nią zachwycona i to mnie ostatecznie pchnęło do zgłoszenia się, ponieważ ta sama maskotka znajduje się na karuzeli. To była najlepsza decyzja w moim życiu.

Firma Canpol babies przewija się w moim życiu od lat. Moi młodsi bracia posiadali ich zabawki i akcesoria, więc w Laury wyprawce nie mogło ich zabraknąć. Firma jest na rynku już od 25lat, co tylko przemawia na ich korzyść.

Razem z córką mamy przyjemność testować najnowszą karuzelę. Paczka przyszła do nas estetycznie zapakowana w kolorowym kartoniku. Wszystko było solidnie zabezpieczone. W środku znajduje się plastikowy stelaż do zamontowania zabawki na łóżeczku, pozytywka i pluszowa karuzela. Ma ona wyjątkowo oryginalny kształt, inny niż wszystkie tego typu akcesoria. Jest to mięciutka wypchana gałązka z małymi listkami, do których umieszczone zostały lusterka i wiszące (zapinane na rzepy) maskotki. Ogromnym plusem są właśnie odczepiane trzy misie. W dwóch z nich znajdują się dzwoneczki, a jedna po naciśnięciu piszczy. Także mamy do czynienia z produktem 2 w 1.



Ku mojej radości karuzela jest na baterie (2xAA). Cieszyło mnie to dlatego, że nie musiałam co chwilę podchodzić i nakręcać zabawkę, aby grała. Poza tym, pozytywka świeci się na kilka kolorów, co naprawdę zwróciło uwagę Laury.

Karuzela gra 12 melodii. To ogromny atut, wyróżniający ją na rynku.



Pierwszy raz po zamontowaniu zabawki w łóżeczku, córka zareagowała na nią głośnym śmiechem. Właśnie to zmotywowało mnie do tak szybkiej recenzji. Po prostu Laura zaakceptowała nowy gadżet i prędko go nie odda. W dodatku to jedyny sposób na położenie jej do łóżeczka. Naprawdę czuję się jakbym nie miała dziecka w domu. Poza tym, to idealny sposób, aby uśpić moją córkę.












Podsumowując karuzelę:

+ gra 12 melodii
+ jest na baterie (2xAA)
+ świeci na różne kolory
+ ma odczepiane pluszowe misie (dwa z dzwoneczkami i jeden z piszczałką)
+ posiada lusterka
+ ma oryginalny kształt
+ kręcący się element jest cały pluszowy

Jak dla nas karuzela jest strzałem w dziesiątkę!


Jeśli jesteś zainteresowana/ny zabawką, to polecam zajrzeć na stronę Canpol babies w zakładkę blogosfera. Warto odwiedzić blogi organizujące konkurs, bo do wygrania jest właśnie ta karuzela. 

https://canpolbabies.com/pl/blogosfera

Polecamy również spróbować swoich sił w następnym losowaniu.
12. Moje dziecko nie będzie obchodzić urodzin!

12. Moje dziecko nie będzie obchodzić urodzin!



Są na tym świecie rzeczy, które nas denerwują, irytują, śmieszą, smucą lub wzruszają. Ostatnio natrafiłam na jedną taką wypowiedź, a raczej ich kilka. Wprawiły mnie one w niemałe zdziwienie i zdenerwowanie. Nie sądziłam, że w tych czasach, kobiety rodzące przez cesarskie cięcie, mogą być aż tak dyskryminowane.

Wypowiedzi brzmiały następująco: „Wasze dzieci nie mają urodzin tylko obchodzą wydobyciny i nie ważcie się nazywać prawdziwymi matkami”, „Poród to poród.a cesarka to zabieg. Nie można mówić że kobieta urodziła dziecko jak miała cesarkę. Z niej dziecko wyjęte zostało. Ona go nie urodziła. Dziecko się urodziło tak czy inaczej.ale kobiety mające dzieci przez cesarkę nie mogą mówić że urodziły dziecko.były w ciąży ale nie rodziły.” (Wybaczcie za taką dziwną interpunkcję, ale dokładnie tak było to napisane.), „Dla tych co nie rozumieją słowa poród: PORÓD= skurcze, parcie, wysiłek, ból, wyczerpanie, wydanie na świat dziecka własnymi siłami. Drogie mamy po cc- nie oszukujcie się i nie pochlebiajcie sobie.”

Ludzie no szlag mnie jasny trafia jak czytam takie wypowiedzi. Zastanawia mnie, dlaczego to kobiety są dla siebie takie chamskie… BEZ POWODU. Faceci chociaż mają jakieś sensowne powody, a kobieta, kobiecie jest wilkiem. Ja rozumiem, że one tak strasznie się męczyły, w pocie czoła wypychały potomka na świat, ale skąd ta nienawiść do kobiet po cesarce.

Wiele kobiet decyduje się na poród przez cesarskie cięcie, ponieważ po prostu boją się rodzić naturalnie. Wcale ich nie potępiam, bo uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru.

Będąc na szkole rodzenia dowiedziałam się o różnych metodach uśmierzania bólu porodowego, o pozycjach, które pomagały przetrwać skurcze i o możliwości skakania na piłce. Niestety do wielu kobiet to nie przemawia i wciąż obawiają się porodu. Czasem nie chodzi tylko o sam ból. Kobiety obawiają się pęknięcia lub nacięcia. Ciężarne wypowiadające się w Internecie boją się również ewentualnych powikłań po porodzie np. problemy z trzymaniem moczu. Takie kobiety nie zasługują na to, aby były obrzucane błotem. Są takimi samymi matkami jak kobiety rodzące naturalnie.

Ja sama przeszłam cięcie cesarskie ze wskazań medycznych. Córka była ułożona miednicowo. Miałam skurcze, sączyły mi się wody, więc poród jak malowany, a to, że zakończył się cięciem, to niczego nie zmienia. Rozumiem, że jednak jest to zabieg/operacja, ale dalej jest to poród. Mało tego! Kobieta, która URODZIŁA przez cesarkę została matką.

Niestety nie ma się co dziwić, skoro słownik języka polskiego definiuje, to w następujący sposób: cesarskie cięcie «operacja położnicza polegająca na otwarciu jamy brzusznej i macicy w celu wyjęcia płodu». Potem mamy, to co mamy. Zastanawiam się skąd ta nienawiść. Oczywiście zaznaczam, że wiem jak dobre i ważne jest, aby dziecko przeszło przez kanał rodny.

Co mają powiedzieć kobiety, które przez wiele godzin męczyły się, aby spełnić swój kobiecy obowiązek i chciały urodzić dziecko naturalnie, ale z pewnych względów lekarze podjęli decyzję o cięciu? Tylko po to, aby uratować dziecko, matkę lub oboje. Co one myślą? Naczytają się takich głupich wypowiedzi i już depresja gwarantowana. Przecież nie dała ona rady urodzić dziecka, nie jest prawdziwą matką, dziecko nie będzie obchodzić urodzin, tylko wydobyciny. To naprawdę brzmi absurdalnie jak na XXI wiek. W ogóle skąd taka myśl, że dziecko zostało wydobyte? Wydobywają, to górnicy węgiel.

Myślcie sobie, co chcecie. Moje dziecko może obchodzić rocznice cesarskiego cięcia lub wydobyciny, ale ja wiem doskonale, że moje dziecko zostało URODZONE, ja to moje cudowne dziecko URODZIŁAM i mam prawo nazywać się MATKĄ. Tak samo jak każda inna kobieta.

Szanujmy się drogie panie i pomyślcie proszę co może czuć druga matka. W jakich okolicznościach doszło do tej znienawidzonej przez was cesarki. Pomyśl, czy przez twoje głupie gadanie, jakieś dziecko nie straci matki. Bądźmy szczerzy, ale kobieta mająca depresję poporodową najczęściej nie jest w stanie w pełni oddać się swojemu dziecku. Pomyśl odrobinę i ugryź się czasem w język lub palec, zanim zaczniesz pleść głupoty. Może twoja sąsiadka, która ostatnio ci pomogła lub serdeczna przyjaciółka, którą znasz od czasów mleka pod nosem rodziła przez cesarskie cięcie. Jej też w ten sposób sprawisz zawód?

Usiądź w ciszy i poświęć kilka minut na przemyślenia. Sama nie chciałabyś usłyszeć takich słów z ust innej kobiety. Pomyśl jak ciebie mogłoby to zaboleć.



A wy? Jaki macie stosunek do porodu przez cesarskie cięcie? Może same doświadczyłyście takich przykrości? Co uważacie o takich wypowiedziach? Podzielcie się ze mną, bo boję się, że stracę wiarę w ludzkość. Tak bardzo mam nadzieję, że to tylko żarty lub nieliczne skrajne przypadki. 
11. Szefowa z piekła rodem?

11. Szefowa z piekła rodem?



Jak wiadomo ostatnio podjęłam się nowej pracy. Jest ona bardziej wymagająca i odpowiedzialna, niż moja dotychczasowa robota. Pełnoetatowa, wymagająca ode mnie całkowitej dyspozycyjności, wszystko muszę uzgadniać ze swoją nową szefową. Nawet takie kwestie jak toaleta. W dodatku dowiedziałam się, że nie przysługuje mi żaden urlop i zwolnienie lekarskie. Rzadko kiedy moja przełożona pozwala mi na posiłek lub przerwę. Czasem boję się, że mąż mnie zostawi przez to, że moje życie zawodowe jest ważniejsze od małżeństwa. Poza tym moja szefowa bardzo na mnie krzyczy i jest strasznie humorzastą osobą do tego stopnia, że czasem boję się odezwać.

Brzmi okropnie, prawda?

Bycie mamą nauczyło mnie dużo. Bardzo się tego bałam, ale potrzeba posiadania dziecka była tak wielka, że wtedy o tym nie myślałam.

Praca pełnoetatowa wymagająca dyspozycyjności


Kiedyś uważałam, że dziecko to tylko je, robi w pieluchę i śpi. O jak ja się pomyliłam! Laura jest takim ewenementem, że głowa mała. Oczywiście tak było na początku, zaraz po wyjściu ze szpitala. Ładnie jadła i chodziła spać. Teraz jest zupełnie inaczej. Moja szefowa ma takie godziny, że jak nie śpi, to chce się przytulać i ja muszę spełnić jej zachcianki. Musi być najedzona, musi mieć sucho, potrzebna jest odpowiednia ilość buziaków i przytulasów. Nie ma wtedy mowy o tym, abym poszła zjeść, ogarnąć swoją toaletę lub też posprzątać. No szkoda wielka!

Poza tym potrzebna jest dyspozycyjność. Moja nowa przełożona ma czasem zły humor w środku nocy. Wtedy jest bardzo zła jeśli jak najszybciej do niej nie przyjdę. Trzeba się domyślić czy tu chodzi o pieluchę, a może pani jest głodna. Pamiętam początki, kiedy mój organizm nie był przyzwyczajony do nocnego wstawania. Potrafiłam zasypiać podczas karmienie i nie pamiętałam kiedy butelka była pusta. Podczas pierwszego skoku rozwojowego płakałam w nocy ze zmęczenia. Błagałam, aby jak najszybciej zasnęła. Oczy same zamykały mi się podczas przygotowywania mleka. Teraz nie narzekam na małą ilość snu. Moja szefowa jest czasami pod tym względem wyrozumiała i lubi spać do późna.

Osobisty kierowca auta służbowego


Na początku ciąży myślałam nad zakupem używanego wózka, ale później dotarła do mnie myśl „No gdzie moja szefowa i używana fura? Przecież szanowny tyłeczek Pani Prezes musi być wożony bryką prosto z salonu.”

Teraz zostałam osobistym kierową auta służbowego. Przemierzamy kilometry w centrum miasta i już nie mogę się doczekać, aż zamienię gondolę na spacerówkę. Poza tym ostatnio z uwielbieniem i dumą noszę przełożoną na rękach (no dobra… w chuście).

Tatuś, to nie mamusia


Mojej córki nie da się oszukać. Czasem wpada w taką histerię, że ja już nie daję rady. Czasami też potrzebuję zadbać o siebie. W gruncie rzeczy prysznic raz na jakiś czas jest potrzebny. Dlatego w takich sytuacjach muszę załatwić sobie zastępstwo, którym jest tata. Niestety momentami kończy się to jeszcze większym krzykiem. W takich chwilach prysznic musi poczekać. W końcu tatuś nie jest mamusią i też nią nie pachnie. Nasz klient, nasz pan.

Brak urlopu


Kiedyś może bym na to narzekała, ale teraz nawet nie byłabym w stanie pomyśleć o choć jednym dniu bez dziecka. Nie wyobrażam sobie na ten moment zostawić dziecka i starać się „odpocząć”. Taka mała istotka mnie potrzebuje i potrzebuję się nią zająć. Już mi serce pęka na myśl o żłobku. Przecież jak wrócę do pracy po urlopie, to chyba zapłaczę się przez 8 godzin bez dziecka.

Chudy portfel


Nie zawsze nowa praca wiąże się z lepszą wypłatą. Moja szefowa mi nie płaci, a wręcz przeciwnie, odchudza mi portfel. Na szczęście moją wypłatą jest jej uśmiech, którym obdarowuje mnie każdego dnia.


Nawet jeśli moja szefowa jest inna od wszystkich, nie płaci mi i dużo wymaga, to kocham ją najmocniej na świecie. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ta nowa praca bardzo mi się podoba. 
10. Praca, studia, ciąża. Jak to było ze mną?

10. Praca, studia, ciąża. Jak to było ze mną?


Od czego się zaczęło?


Już od czasów szkoły średniej wiedziałam, że nie będę chciała studiować w trybie dziennym. Wychodziłam z założenia, że mogę jednocześnie pracować, a w weekendy się uczyć. Dlaczego? A no dlatego, że po tych trzech latach będę miała ten sam dokument, co rówieśnicy studiujący dziennie. Jest jedna różnica- Ja będę miała doświadczenie. Drugą sprawą było to, że nie chciałam prosić rodziny o pieniądze. Same plusy.

Oczywiście takie studia kosztują i to wcale nie tak mało.

Na początku podjęłam się nauki na kierunku „bezpieczeństwo wewnętrzne”. Czesne za semestr było jak dla mnie strasznie wysokie, ale można je rozłożyć na dogodne raty. Niestety prawie cała moja wypłata w tym czasie szła właśnie na naukę. Pracowałam wtedy na ćwierć etatu, więc nie zarabiałam w tym czasie milionów. Spędziłam na tym kierunku rok i wiem, że był to rok stracony.

W grudniu 2014 roku zmieniłam pracę i trafiłam do jednego ze znanych centrów usług wspólnych w naszym mieście. To zupełnie inny świat, w którym o dziwo się zakochałam i powiązałam z nim swoją przyszłość. Jak to mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i tak jak moja mama, tak i ja zapragnęłam zostać księgową. Rozpoczęłam naukę na kierunku „finanse i rachunkowość”. Obecnie jestem już na ostatnim roku i mam na głowie pracę licencjacką, ale na początku nie wiedziałam co mnie czeka.

Dzięki temu, że zmieniłam pracę, to wzbogacałam swoje CV przy jednoczesnej nauce. Ale nie o tym miał być wpis.

Jak to ogarnęłam?


Nie było to skomplikowane, ale do najprostszych nie należało. Pracowałam od poniedziałku do piątku, a zajęcia miałam w co drugi weekend. Cała sobota i niekiedy cała niedziela. Skutkowało to w tym, że nie zawsze wracałam wypoczęta w poniedziałek. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Miewałam chwile słabości, ale powtarzałam sobie, że w przyszłości to zaowocuje.

Wraz z rozpoczęciem nowej pracy poznałam swojego męża. Pracował niedaleko, więc mógł po mnie przychodzić. Po półtorej roku wzięliśmy ślub i zdecydowaliśmy się na dziecko. Oboje mieliśmy już stałą pracę, kupione mieszkanie, więc idealne warunki dla nowego członka rodziny. Niestety nie mogłam długo pracować w ciąży. Po pierwsze ze względu na objawy. Prawie całą ciążę zmagałam się z nudnościami, więc praca z ciągłą przerwą na toaletę nie wchodziła w grę. W dodatku mogłam pozwolić sobie tylko na 4 godziny pracy przy komputerze. Dlatego po około 15 tygodniu ciąży poszłam na zwolnienie. Bardzo żałowałam, ale znajdowałam sobie zajęcia w domu.

Przerywanie studiów nie wchodziło w grę. Chciałam dalej się uczyć, bo ciąża nie mogła mnie wyłączyć całkowicie z życia, a poza tym już za dużo wydałam pieniędzy na ten kierunek, aby tak po prostu go rzucić. Po uczelni kręciło się tyle ciężarnych, że stwierdziłam „skoro one dają radę, to ja też mogę”.

Jeden wykładowca podpowiedział mi, abym skorzystała z ITS (Indywidualny Tok Studiowania). Polega to mniej więcej na tym, że student uczęszcza na zajęcia ze swoją grupą, ale ma pewne przywileje:
- Możliwość opuszczenia zajęć w każdej chwili, bez żadnych konsekwencji.- W ciąży, zwłaszcza pod koniec, nie byłam w stanie usiedzieć od 8:00 do godziny 18:00, więc potrzebowałam dłuższych przerw lub szybszego powrotu do domu i odpoczynku. Nic mnie nie omijało, ponieważ dostawałam od wykładowców notatki i prezentacje z opuszczonych zajęć.
 - Indywidualne dostosowanie terminów zaliczeń.- Najbardziej bałam się, że nie będę mogła pojawić się na sesji lub ewentualnych poprawkach, ponieważ zaskoczy mnie poród. Oczywiście, mogłam pojawić się w normalnym czasie trwania sesji egzaminacyjnej, ale gdybym się nie zjawiła, to mogłabym mieć swoje pierwsze podejście np. we wrześniu. Tak jak podejrzewałam, urodziłam miesiąc przed terminem (5 dni przed sesją), ale na szczęście zaliczyłam wszystko w czasie „zerówek”.

Będąc w ciąży nie wychodziłam z założenia, że należy mi się specjalne traktowanie. Pokornie stałam w komunikacji miejskiej i nigdy nie dopraszałam się o miejsce. W kolejkach też starałam się czekać ze wszystkimi. Zdarzały się wyjątki. Natomiast cieszyło mnie to, że wśród wykładowców spotkałam się z ogromną empatią i uprzejmością. Wielokrotnie dopytywali się o samopoczucie, na kiedy jest termin porodu, czy zdążę z egzaminami. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę liczyć na ewentualną pomoc.

Jakoś udało mi się dotrwać do końca. Nie było to łatwe. Gdyby ciąża była zagrożona, to nie pozwoliłabym sobie na to. Jedno jest pewne. Przy drugiej ciąży chcę pracować dłużej, oczywiście jeśli pozwoli mi na to mój stan. Wiem jak czułam się w domu i jak na siłę znajdowałam sobie zajęcie. Drugi raz sobie na to nie pozwolę.


A wy? Jak długo pracowałyście w ciąży? Czy są wśród was mamy, które studiowały będąc w ciąży? 
9. Krem brokułowy

9. Krem brokułowy


Kiedyś komuś mówiłam, że nie jestem osobą gotującą. Nie jest to do końca prawda, bo gdyby tak było, to nie znalazłabym męża. Coś tam gotuję, ale nie jest to tylko spaghetti, tak jak myśli moja mama. Oczywiście z miejsca ją pozdrawiam. Ogólnie nie mam problemu z gotowaniem.

Oboje z mężem jesteśmy ANTYzupowi. Gdyby tak można było zrobić, to mógłby istnieć tylko rosół i co za nim idzie- pomidorowa. Nie wiem jak u niego, ale w moim przypadku nienawiść do zup zrodziła się już w dzieciństwie. Odkąd pamiętam byłam nimi gnębiona wszędzie. Nawet moja babcia najpierw podawała zupę (co by na dwa dni była), a następnie było drugie danie.

Pewnego dnia zdarzył się cud. Będąc jeszcze w ciąży nabrałam ochotę na brokuły. Pomyślałam sobie, że to chyba żadna filozofia zrobić zupę krem. Tak jak pomyślałam, to tak zrobiłam. W Internecie jest pełno przepisów, ale każdy był inny. Postanowiłam sama zmiksować sobie przepis na idealny krem marzeń. Dziś się nim z wami podzielę.

Co potrzebujemy?

- 1 litr bulionu
- 1 większy brokuł
- 3-5 ziemniaków (zależy od ich wielkości)
- 1-2 marchewki
- 1 większa cebula
- 4 ząbki czosnku
- 200g śmietany 30%
- 4 łyżki oleju

Co jeszcze?
- blender

No to jedziemy.
Cebulę kroję w piórka, a czosnek w plasterki. To samo robię z marchewką i ziemniakami. Pozwoli to na szybsze ich ugotowanie. Brokuł kroję na mniejsze różyczki.






Do garnka wlewam olej i wsypuję do niego cebulę i czosnek. Mieszam przez około minutę lub dwie do momentu zeszklenia. Następnie dodaję bulion i do niego brokuł, ziemniaki i marchew. Gotuję około 15 minut.





Po tym czasie dodaję śmietanę, a następnie blenduję.



I co? Proste? To życzę smacznego.

A wy? Macie jakieś swoje ulubione dania? 

Popularne posty

Copyright © 2014 Mama mocno nieidealna , Blogger